Sebastian Białecki: „Dużo osób mi mówiło, że jestem następcą Ratajskiego” [WYWIAD]

Awatar Dawid Kwiatkowski

Jest 22-letnim zawodnikiem z Łodzi. Obecnie plasuje się w rankingu światowym na 80. miejscu. W poprzednim sezonie zdobył historyczny tytuł PC 22 w Hildesheim oraz może legitymować się jako prawowity gracz z kartą PDC. O udziale w mistrzostwach świata i nie tylko opowiada w rozmowie Sebastian Białecki.

Dawid Kwiatkowski, Newssporter.pl: Pomimo, że jest Pan młodym zawodnikiem, już kilka lat przy tarczy Pan spędził. Rozpoczynał Pan karierę w wieku 12-13 lat?

Sebastian Białecki: Zgadza się, dokładnie.

 

Czy początki miały miejsce w Łodzi? Jaka kryje się za tym historia?

Pierwsze turnieje grałem pod koniec 2013 roku, zaś sama styczność z dartem pojawiła się dwa lata wcześniej. Wszystko zaczęło się od taty, który grywał lokalnie w lidze drużynowej na darcie elektronicznym. Zawsze co niedzielę wieczór gdzieś znikał. Kiedyś z ciekawości spytałem się go czy mogę iść z nim zobaczyć co robi. Okazało się, że gra w darta i po pierwszym spojrzeniu na to wszystko bardzo mi się spodobało. Później chętnie jeździłem z nim co tydzień i czy w przerwie, czy po zawodach rzucałem do tarczy. Byłem jeszcze mały i musiałem stawiać krzesełko pod tarczę, więc było ciężko, ale potem coraz bardziej się rozwijało.

 

Wiedział Pan od razu, że to jest ta droga, którą chce podążać czy potrzeba było czasu, aby to zrozumieć?

Na początku nie było zamiarów o byciu zawodowcem. Traktowałem to czysto jako hobby. Ucieczkę żeby się zrelaksować, wyluzować i robić to co się lubi. Same początki były czysto hobbistyczne w postaci pojedynczych, lokalnych turniejów po szkole. Pamiętam, że kiedyś gdy odwoływano turnieje cały tydzień miałem zmarnowany, będąc totalnie bez humoru. Dopiero po 4-5 latach od pierwszych zawodów poczułem, że ta gra mocno wzrosła. Wtedy można już było myśleć o przejściu na tryb zawodowy, grania z lepszymi i wyjazdy w Polskę czy za granicę.

 

Posługuje się Pan pseudonimem Bolt. Czy kryje się za tym jakaś głębsza historia czy wzięło się to ot tak? Jaka jest tego geneza?

Pierwszym takim pomysłem, żeby wymyślić ten nickname jak to mówimy była błyskawica czy właśnie ten piorun. Po angielsku mówi się lightning, ale myślałem, że to trochę będzie za długie. Troszeczkę chciałem iść na wzór Zygzaka McQueena, czyli moją ulubioną postać animowaną. Wiedziałem też, że była bajka o psie piorun, a po angielsku miał na imię Bolt. Myślę, że to okazało się bardziej chwytliwe. Tamta bajka również była jedną z moich ulubionych, więc troszeczkę też z tego wyszło żeby wymyślić ten pseudonim.

 

Jako ludzie mamy tendencję do podsumowań, gdy kończy się rok. Czy Sebastian Białecki 2025 r. uznałby za plus? Czy aspiracje tudzież ambicje były większe?

Na początek roku nie wiedziałem czego oczekiwać po sobie, grając z najlepszymi. Wiedziałem, że może być bardzo dobrze, a jednocześnie słabo. Niektóre osoby z touru m.in. co posiadają karty nie mogą pozytywnie go podsumować. Też myślałem, że może tak się potoczyć lub w drugą stronę, co pokryło się ze stanem faktycznym. Naprawdę równe wyniki w turniejach podłogowych, występ na European Tourze, awans na mistrzostwa świata, finały Players Championship i nawet dobry wynik na UK Open (trzecia runda). Sam rok podsumowałbym bardzo pozytywnie. Patrząc na noworocznych zawodników jestem w okolicach 5-6 miejsca z 20. czy 30., więc to dobry start. Wiem, że mogłem niektóre mecze przełożyć na własną korzyść, a się nie udawało. Bywało również odwrotnie. Nie mogę na to narzekać, bo wiem że mogło być dużo gorzej, a jest naprawdę pozytywnie.

 

Jakby spróbować wyselekcjonować takie TOP 3 momentów, które były najważniejsze, niosące największą wartość. Jakie by to były?

Najważniejszy w tym roku był wygrany turniej Players Championship w Niemczech. Było to istotne ze względu na ranking, prowadzący do mistrzostw świata. Tam bardzo niewiele brakowało, ponieważ wcześniej nabiłem dużo punktów, ale trzeba było dołożyć 6-7 meczów. Wiedziałem, że to był moment, kiedy miałem dosłownie 6-7 przegrywanych turniejów w pierwszych rundach, więc nic nie dostawałem. Nagle pojawiła się szansa i wykorzystałem ją w idealnym momencie żeby wygrać turniej. Nie było tam całej czołówki, co skutkowało teoretycznie łatwiejszą drogą do zwycięstwa. Drugim takim momentem mógłby być UK Open, ponieważ udało mi się w końcu odbić po dwóch przegranych pierwszych rundach. A trzecim te wisienki – ostatnie turnieje telewizyjne.

 

W tym roku wystartował Pan w mistrzostwach świata PDC po raz drugi. Jaka jest wyjątkowość gry w Aleksandra Palace? Jaka jest różnica między grą na MŚ, a na innych wydarzeniach?

Sam fakt uczestnictwa to ogromna wartość sama w sobie. Prestiż tego turnieju i patrząc nawet u nas rozgłos medialny wokół wydarzenia. Przez cały sezon pojawiały się pojedyncze informacje kiedy to ja wygrałem turniej czy wcześniej Krzysztof Ratajski. Jednak gdy zbliżały się mistrzostwa to rozgłos był dużo większy. To jest turniej, który na pewno każdy zawodnik chciałby przynajmniej raz w życiu odhaczyć w CV. Sama podróż do Londynu już tak naprawdę ekscytuję. A jak się wchodzi na halę do pokoju dla zawodników, gdzie wszyscy trenują przed sesją to otoczka tego budynku jest ikoniczna, ekskluzywna.

 

Jak taki pokój wygląda?

Patrząc przez pryzmat większości turniejów jest nawet duży. Stoi tam wiele stolików, gdzie zawodnicy mogą usiąść z rodziną czy sponsorami. Oprócz tego jest strefa treningu, gdzie gracze mogą porzucać. Taka fajna ciekawostka w tym, że na sali jest specjalna ścianka zrobiona z wszystkimi uczestnikami, którzy kiedykolwiek brali udział w mistrzostwach. Fajnie się zobaczyć na tej liście jak już się przynajmniej raz było.

 

Koło tego drabinka turniejowa też tam jest wywieszona?

Nie, sama ścianka na prawie całej długości pokoju. Gdy kiedyś zerkałem jest tam chyba ponad 400-500 zawodników na liście. Robi to wrażenie jak tam się jest.

 

Pytanie częściowo z perspektywy kibica. Ostatni set, trzeci leg. Do wyzerowania licznika 36, a pierwsza lotka rzuca na topa. Czy stresował się Pan przed meczem z Buntingiem? Czy może wspomniany rzut to błąd w obliczeniach?

Mogę potwierdzić, że stresu wtedy nie było. Myślę, że podczas rzucania wszedłem w taki rytm, który wyciszał wszystko wokół. Miałem coś w głowie i byłem totalnie odcięty od świata.

 

Wszedł pan w strefę mentalną?

Tak i nawet nic nie słyszałem wokół siebie. Wiedząc, że wtedy rzuciłem 140, ustawiając się na 36 ja totalnie zapomniałem o tej liczbie. W myśli miałem topa nie wiadomo skąd i pamiętam, że w momencie wypuszczenia lotki przypomniałem sobie, że miałem 36 do końca. Ulżyło mi, że trafiłem centralnie nad podwójną 20. Chyba nawet było w kamerach widać, że się zaśmiałem, bo zorientowałem się o co chodziło.

 

Niewykorzystana okazja na lepszy wynik i sprawienie sensacji turnieju, czy cenne doświadczenie, które zaowocuje na przyszłość. Jak Sebastian Białecki postrzega swój tegoroczny udział w mistrzostwach Świata? Czy, któraś z tych opcji jest w ogóle zbliżona do Pana opinii względem tego turnieju?

Z każdej bym wziął coś na pewno. Przed losowaniem turnieju miałem ogromne nadzieje na milszy los. Liczyłem na rywala bardziej w zasięgu, lepszego do ogrania, aby mieć teoretycznie łatwiejszą przeprawę na start w celu zdobycia punktów do rankingu. Jednak po losowaniu troszeczkę się zdenerwowałem i zasmuciłem, że trafiam na światową czołówkę. Wiedziałem, że nic nie muszę tylko mogę, więc starałem się jak mogłem. Jednak wiadomo, że kibice jeśli chodzi o Buntinga w Anglii robią różnicę. Pierwszy raz spotkałem się z tak mocną publicznością wokół zawodnika i ogólnie takim hałasem. Po meczu długo siedziałem, miałem troszeczkę żal do siebie. Byłem zdenerwowany, bo wiedziałem że można było to wyciągnąć, pomimo potyczki z jednym z faworytów turnieju. Celem na ten mecz było zgrać dobrze – wymęczyć i spocić Stephena Buntinga, co się udało.

 

Hałas mocno dekoncentrował?

Myślę, że aż tak nie. Chociaż na początku musiałem się oswoić i przyzwyczaić do tego. Już wiele razy grałem na scenie mimo tego, że nie posiadałem karty. Udawało się kwalifikować na różne turnieje, więc w miarę obycie z tymi hałasami miałem. Ale pierwszy raz miałem styczność z aż taką głośnością. Jeśli chodzi o sam mecz na początku bywało ciężko, bo Bunting zagrał kosmos w tym pierwszym secie. Potem już od trzeciego zaczęła się tak naprawdę regularniejsza gra i fajnie, że później udało się oswoić mimo wszystko.

 

Przed finałem MŚ w studiu TVP Sport Krzysztof Ratajski na pytanie odnośnie potencjalnego przejęcia pałeczki na polskiej scenie darta powiedział, że „oczywisty kandydat tym momencie jest jeden…niewątpliwie jest to Sebastian Białecki”. Nie zapytam czy Pan w to wierzy, bo zakładam, że tak. Zapytam czy czuje Pan, że to wszystko zmierza w tym kierunku, czy jeszcze za wcześnie żeby o tym myśleć?

Mi jest na pewno ciężko powiedzieć, bo wiem, że gra na tym poziomie to jest trudna sprawa. Czasami nie wystarcza dobra, najlepsza gra czy po prostu systematyczna, ale czasami potrzebny jest łut szczęścia. Kiedyś na pewno odczuwałem taką…

 

Presję?

Niekoniecznie, ale zawsze dużo osób mi mówiło, że jestem następcą Ratajskiego i tak dalej. Ja wierzyłem i cieszyłem się, że widać u mnie ten potencjał połączony z talentem, ale nie koncentrowałem się aż na tym. Po prostu skupiałem się na grze, w którą uwielbiam grać, osiągając przy tym jak najlepsze wyniki. Mimo takich słów w moją stronę myślę, że to ciężka sprawa. Zmierza to na pewno w dobrym kierunku. Pomimo tego, że wcześniejsze lata były dobre to brakowało mi szczęścia. Przy wygranej karcie z touru młodzieżowego byłem dwa razy pod rząd pierwszym w kolejce, który nie dostawał karty. Teraz pomału z każdym rokiem mimo błędów czy braków awansów zawsze przychodzi coś pozytywnego.

 

Sezon 2025 już się zakończył, ale na horyzoncie już kolejne zmagania. Czy widział Pan kto został wybrany do Premier League?

Tak, zerkałem sobie, bo jestem ciekaw mimo tego, że gram w PDC. Chętnie sobie czasami sobie zerknę na ten turniej, w którymś tygodniu.

 

Zgadza się Pan z dokonanymi wyborami? Czy można byłoby doszukiwać się osób, które bardziej zasługiwały?

Ciężko powiedzieć, bo wiemy, że zawodników wybiera się zaproszeniowo. Czasami stawia się bardziej nie na grę, a show i markę danego gracza. Myślę, że w tym roku niby kontrowersyjnie może byłby Price. Wprawdzie sam rok miał bardzo dobry jeśli chodzi o formę, ale te mistrzostwa świata mogły mu obniżyć morale i szansę na dostanie się. Zamiast niego mógłbym dać Danny’ego Nopperta, który grał bardzo dobrze przez cały rok, więc na pewno forma jest. Marketingowo też dużo wyżej wskoczył. Jednak czasami nawet i to może nie wystarczyć. Przykład Mike’a de Deckera, który pamiętam rok czy dwa lata temu wygrał World Grand Prix, ale jednak nie wystarczyło. Obstawiałem taki skład, choć zamiast tego Gerwyna myślę, że mógłbym dać Nopperta i też bym nie był zdziwiony.

 

Jaki jest cel na 2026 rok Sebastiana Białeckiego?

Głównym celem w tym roku jest dla mnie utrzymanie karty, aby pozostać w tourze jako drugi Polak po Krzyśku Ratajskim, bo nikomu się jeszcze poza nim nie udało. Radek Szagański dwa lata temu był bliski, ale zakończyło się to niepowodzeniem. Myślę, że Polacy jako kibice darta czekają żeby mieć taką dwójkę polskich zawodników stale w PDC. Wiemy jednak, że jeszcze długa droga. Mimo to, że pierwszy sezon był dobry, ten drugi również trzeba dobrze zagrać, aby ustabilizować pozycję. Celem jest również dobrze rozpocząć rok, żeby nie było na start dużych pomyłek i przegranych w pierwszych rundach turniejów podłogowych.

 

Czego życzyć Sebastianowi Białeckiemu?

Jak to się mówi przysłowiowego połamania lotki. Oprócz tego utrzymania karty i awansu na mistrzostwa świata.

Obserwuj portal w mediach społecznościowych